Grossglockner - zapomniana relacja |
Relacje - Wyprawy | |||
środa, 05 maja 2010 21:14 | |||
Nie sądziłem, że przyjdzie mi się zmierzyć z relacją z naszej wyprawy na Grossglocknera, która w jakiś dziwny sposób została zapomniana, po tak długim czasie. Wiele szczegółów zostało już zapomnianych, ale zostałem ostatnio przywołany do tablicy przez naszego nieocenionego zdobywcę Wojtka i muszę jednak coś sobie przypomnieć. Zaczniemy tak jak na lekcji: Cel: Grossglockner 3798m n.p.m. Pomysł zrodził się w mojej głowie po wyprawie na Mont Blanc. Miało by nie daleko, cel mia być "ambitny" i jakiś znany szczyt. Padło więc na Grossglocknera w mateczniku Alp - Austrii. Droga nam się specjalnie nie dłużyła. Ja jechałem z Przemkiem jego Citroenem Kangoo (bez klimatyzacji, za to z otwartym oknem). Korzystając z Hochalpenstrasse dotarliśmy do platformy widokowej Kaiser-Franz-Josef- Hohe 2418 m npm. To była nasza baza wypadowa i jednocześnie kempingowo-parkingowa. W planach był odpoczynek po przyjeździe, ale jak zwykle zdecydowaliśmy, że ruszamy zaraz po małym co nieco. Było trochę zamieszania z organizacją grupy. Zaraz na początku ktoś się nam zgubił, chyba to był Przemek... Ale i dość szybko się odnalazł. Po "małym" zejściu na lodowiec Pasterze, ponownie musieliśmy odrabiać straconą wysokość. Nie zapomnę tych chole... piargów przy podejściu, bo na nich właśnie rozdarłem moje spodnie z Gore. Naszym celem tego dnia było dojście do schroniska Erzherzog-Johann-Hutte na wysokości 3454 m npm. Według mapy miało to być tylko ok. 4-5 godzin, ale nie oceniliśmy trudności we właściwy sposób, bo tydzień wcześniej dowaliło śniegu na maxa. I tak z tych 5 godzin zrobiło się ok. 10 godzin. Nie będę szczegółowo opisywał tej drogi, ale w skrócie było to mniej więcej tak jak w bajce: "Za siedmioma górami, za siedmioma lasami..." W pewnym momencie miałem tak serdecznie dosyć, że o mało co nie uciąłem sobie dłuższej "drzemki" w śniegu. Pomimo wielu pagórków po drodze, w końcu dotarliśmy do schroniska, które o tej porze było nie czynne, ale na szczęście, był do dyspozycji "całosezonowy" schron w piwnicy schroniska, który cały został zajęty przez nas , a nawet cześć spała na tarasie przed schroniskiem. Noc nie była szczególnie mroźna więc spanko koledzy mieli jak w Hiltonie. Ja tylko pamiętam łyk herbaty, "nocnego ogłupiacza" i śpiwór, to wszystko. Na następny dzień był zaplanowany atak szczytowy. Pogoda nam na szczęście dopisywała i rano cała ekipa zwarta i gotowa wyruszyła w kierunku upragnionego celu. Nie będę opisywał dokładnie tego co się działo na samy podejściu, bo jak o tym czasami pomyślę, to mi du.. cierpnie. Nasz nieoceniony Bogdan zwijał się jak w ukropie, aby odpowiednio zabezpieczyć ostatnie metry podejścia, a ja nie bacząc na resztę kolegów, którzy starali się jakoś powiązać liną, skorzystałem (prawie bez zgody) z asekuracji pary Niemców, którzy też podążali w kierunku szczytu... Cel wyprawy został zdobyty, choć nie wszyscy stanęli na szczycie. Paru kolegów zdecydowało nie brać udziału w tym wyścigu... Powiem na koniec tylko tyle, że jednym z wniosków po tej wyprawie był kurs wspinaczkowy, celem obycia się z technikami asekuracji... Trzeba przyznać, Glocek, mimo iż niższy, wcale taki łatwy nie był (w warunkach prawie zimowych). To by było na tyle wspomnień z minionych lat, a jak widać na naszej stronie, życie sobie płynie, a zdobywcy i zdobywczynie zapisują kolejne jakże ciekawe historie ... Z pozdrowieniami, Maciek
|