Spacer internetowy

     z wyprawy na największy masyw górski w Alpach .:.

 

Zdobywcy Gór

    zapraszają do panoram .:.
Start .:. Relacje .:. Trekking .:. Mały Jaworowy Szczyt - dobra lekcja.
Mały Jaworowy Szczyt - dobra lekcja. Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 
Relacje - Trekking
Wpisany przez Wojtek   
wtorek, 24 marca 2009 23:30

Z braku czasu trochę zaniedbania z mojej strony w tym dziale ... i nie tylko zresztą w tym. Chcę przedstawić relację dzieła Zombiego z wyjścia w Tatry.

Od kilku tygodni przygotowywaliśmy się do wyjścia na Krywań. Nie udało nam się jednak zlokalizować początku drogi na północno-zachodniej ścianie i cel uległ zmianie na Mały Jaworowy Szczyt (2386 mnpm). Z Żywca wyjechałem ja, czyli Zombi, Bogdan i Tomek. Na Łysej Polanie dołączył do nas Marcin. Na wejściu do Jaworowej Doliny zaparkowaliśmy samochody i staropolskim zwyczajem zdegustowaliśmy, małe co nieco na lepszy sen. Nie było nam jednak dane dłużej zmrużyć oka, i nie czekając na świt około 3.00 wyruszyliśmy.

Zielony szlak, który prowadzi wzdłuż doliny, nie przypomina tatrzańskich szlaków. Odcinakami, ścieżka jest na tyle wąska, że trudno jest się prześlizgnąć przez bujnie rozrośnięte mokre od porannej rosy zarośla. Praktycznie cali mokrzy weszliśmy w Jaworowy Ogród. Tam dygocąc z zimna rozgrzewaliśmy się gorącą herbatką. Wstające słońce opierało się na otaczających na szczytach. Naprawdę urocze miejsce. Mały Jaworowy nie wyróżniał się jakoś szczególnie, ale zlokalizowanie go nie sprawiło nam większego problemu.

Podeszliśmy pod ścianę. Tam krótki przegląd wydrukowanego topo. Czytanie słowackich opisów dróg sprawiało nam sporo zabawy. Przygodę rozpoczęliśmy od drogi "Indiánskie Leto". Kilkanaście metrów od startu trafiliśmy na mokrą bardzo śliską płytę. Motorynka została odpalona i postanowiliśmy spróbować w innym miejscu.

Wbiliśmy się w drogę Stanisławskiego (Stanislawského cesta). Dwoma zespołami napieraliśmy równolegle do góry. Raz po raz strącając mniejszy lub większy syf - było bardzo, bardzo krucho. Dodatkowo ściana nie była zbyt prosta i lina wręcz zblokowała się w punktach. Problem ten dawał nam w dupę cały dzień. Nie pomogło przedłużanie i robienie krótszych wyciągów. Nie wiem jak wiele ton wydarłem łapami podciągając linę do zębów przed każdym krokiem w górę.

Na pierwszym stanowisku zaczęło podać. Nie dość że było krucho to jeszcze zrobiło się ślisko. Mżawka towarzyszyła nam już cały czas. Wbiłem się tuż poniżej Bogdana, i o dziwo kilkanaście minut moknięcia w oczekiwaniu na start partnera. Na dole się nie działo. Druga ważna lekcja: dwa radia jakie mieliśmy zostały w plecakach asekurujących. Na szczęście mamy dobre gardła i w końcu udało się włączyć i dogadać przez komórki i jakoś do nas doszli. Nie wiem na co oni czekali, chyba na zaproszenie, a nie było miłe, dużo słów na k. i h.

Kolejna dwa wyciągi jakoś poszły. Czwarty, kluczowy dla dalszej wspinaczki to trawers dokoła dość dużego bloku skalnego. Doszedłem do stanowiska gdzie już była zainstalowany Bogdan. Asekurując próbowaliśmy kalkulować ile jeszcze czasu zajmie nam pokonanie pozostającej drogi i czy zdążymy zjechać przed zmrokiem (byliśmy w połowie ściany). Nagle usłyszeliśmy jak tuż pod nami zsuwa się ogromna kamienna lawina. Czułem jak drży powietrze, pobudzone ogromem spadającego masywu masywu. Pierwszy doszedł Tomek zaraz za nim Marcin. W oczach obydwu widziałem przerażenie. Pomiędzy nimi poleciła ogromna kilku tonowa szafa. Widać jak mało trzeba było, żeby Tomek niefortunnie się o nią oparła i poleciała. Na domiar złego okazało się że spadający blok uszkodził obydwie liny. Marcina Mamut 60-tka funkiel nówka - pierwszy raz w górach. Od razu przypomnieliśmy sobie, Marcin Szczotka powtarzał nie raz "uwaga na spadające kamienie bo często uszkadzają liny" - niestety miał racje. Nie dyskutując zbyt długo postanowiliśmy wracać.

Pierwsi zaczęli schodzić Bogdan i Tomek. Ja miałem zlikwidować stanowisko. Jako trzeci wystartował Marcin i od razu pociągnął dość duży blok skalny za który założona była lina (blok ten przynajmniej robił wrażenie dużego i stabilnego). Kamień ten rozwarstwił się na trzy części. Odruchowo wsadziłem kolano pomiędzy zsuwające się kamienie i tym zablokowałem je przed osunięciem na Marcina. Lina była jeszcze zabezpieczona niezależnie w dobrze założonym stanowisku, więc patrząc na chłodno nie było obawy odpadnięcia. Marcin spanikował, w pewnym momencie robił wrażenie jakby jedyną drogą ewakuacji z tej pułki było śmigło. Po kilku minutach ochłoną, ja przełożyłem linę przez kilka razy większy blok i nastąpił odwrót.

Po kilku mniej i bardziej sprawnie przeprowadzonych zjazdach byliśmy pod ścianą. Śmieszne jest to, że znowu zaświeciło słońce. Wszyscy wiedzieliśmy dlaczego nikt się na tych ścianach nie wspina. Praktycznie większość miejsc, jakich byliśmy była krucha i każdy nieuważny ruch powodował strącenie mniejszych lub większych kamieni. Dziwne było również to, że samą doliną przez cały dzień spacerowały 3 może 4 osoby - zapomniane miejsce przez turystów, ale jakie ładne.

Trzeba tam wrócić i pokazać tej ścianie do czego służy!!

 
Przetłumacz stronę na język angielski Wersja językowa - niemiecka

Licznik odwiedzin

Dzisiaj >181
Wczoraj >219
W tygodniu >848
W miesiącu >4876
Wszytskie >542807

Odwiedza nas

Naszą witrynę przegląda teraz 142 gości 

Ta strona używa cookie. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień cookie w przeglądarce. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. To find out more about the cookies we use and how to delete them, see our privacy policy.

I accept cookies from this site.

EU Cookie Directive Module Information